16 maja 2017

315. Recenzja „Co kryją jej oczy” — Sarah Pinborough

„Żeby w coś uwierzyć, musisz to przeżyć. Musisz ubrudzić sobie błotem dłonie i mieć ziemię pod paznokciami. Musisz ryć w poszukiwaniu prawdy.”
Autor: Sarah Pinborough

Tytuł: Co kryją jej oczy

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Narracja: pierwszoosobowa — Adele, Louise

Główny bohater: Louise — ok. 35 lat

Romans: Louise + David

Ogumienie: Bardzo lubię minimalistyczne, proste okładki, na których nie ma wiele przedstawione, ale przekazują naprawdę wiele. Uruchamiają naszą wyobraźnię i niejednokrotnie wprowadzają nas w klimat opowieści. Dla mnie jest to niezwykle ważny aspekt, dlatego właśnie podoba mi się ta okładka. Nie mamy tutaj zbyt wiele, ale widzimy czający się mrok i to sprawia, że nie czujemy się komfortowo. Zdecydowanie na plus.

Najlepsze zastosowanie: Louise jest samotną matką, wychowującą siedmioletniego syna. Jej mąż zdradzał ją, i w końcu zostawił dla innej. Jakoś udało jej się to przeboleć, jednak nie było to dla niej łatwe. Obecnie pracuje jako sekretarka i szuka miłości. Pewnego wieczora poznaje przystojnego faceta, z którym zaczyna niezobowiązującą rozmowę. Nie podają sobie imion ani żadnych szczegółów ze swojego życia, jednak rozumieją się doskonale. Śmieją się razem i czują, że to może być coś więcej. Następnego dnia wszystko się zmienia. W miejscu pracy Louise pojawia się nowy pracownik i jest nim właśnie mężczyzna, którego poznała w barze. Jeśli tego byłoby mało, ma żonę. Wszystko zaczyna się komplikować jeszcze bardziej, kiedy przypadkowo Louise wpada, i to dosłownie, na Adele, żonę Davida. Wtedy rozpoczynają przyjaźń, którą ukrywają przed nim, ponieważ jest on typem kontrolera. Musi wiedzieć wszystko, co się dzieje z Adele i czy na pewno bierze tabletki. Dzwoni do niej dwa kilka razy dziennie, aby sprawdzić czy wszystko w porządku. Mimo tego w ich małżeństwie robi się coraz gorzej. Skrywają wiele tajemnic przed światem, ale również przed sobą nawzajem. Louise przypadkowo wkracza w ten bałagan i zostaje uwikłana w ich dziwaczną grę. Czy uda jej się uciec zanim będzie za późno?

Tykać to kijem?: Do zapoznania się z tą książką przekonał mnie hashtag #wtfthatending. Nie interesowałam się mocno tą powieścią, ale kiedy zaczęło się co nieco na jej temat pojawiać, stwierdziłam, że warto ją przeczytać. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale na pewno nie tego, co dostajemy.

Bohaterowie: W całej powieści narracja prowadzona jest przed dwie osoby — Louise i Adele — jednak powiedziałabym, że to ta pierwsza jest główną postacią. Jest ona interesującą i dziwną postacią. Mam do niej mieszane uczucia — z jednej strony polubiłam ją za normalność, jednak zupełnie nie podobała mi się jej naiwność i brak pewności siebie. Całkowicie rozumiem skąd mogło to wynikać, jednak nie zmienia to faktu, że mi przeszkadzało. Louise nie jest bohaterką, którą darzę sympatią. Powiedziałabym bardziej, że szkoda mi jej przez to, w jaką sytuację się wplątała. Kiedy zaczynała przyjaźnić się z Adele i jej romans z Davidem dopiero się rozkręcał, zupełnie nie wiedziała na co się pisze. Jednak powinna to skończyć dużo wcześniej. Jej brak pewności siebie sprawił, że dostała takie, a nie inne zakończenie tej pięknej historii.

Z kolei Adele przez większość powieści pozostaje zagadką. Niby dostajemy rozdziały pisane z jej perspektywy, jednak nie wyjawia ona tam swojej pełnej osobowości. Nie do końca wiemy, jaką rolę gra w całej tej historii i to jest niezwykle interesujące. Mamy pełną sprzeczności istotę, która przez całą powieść pozostaje dla nas kimś obcym, niezbadanym. Patrzymy na nią, ale jej nie widzimy. I to jest zaskakujące. Niby gra jedną z czołowych postaci, ale tak naprawdę pozostaje w cieniu. Do ostatnich stron nie mamy pojęcia, co o niej myśleć. A później dostajemy dwa ostatnie rozdziały i wszystko staje się jasne.

Całokształt: Przez większość książki nie do końca wiemy, co właściwie się dzieje. Dostajemy zwykłą opowieść, nieco niepokojącą przez narrację Adele, która wprowadza nieco mroczny klimat. Jej postać generuje coś nieprzyjemnego. Sprawia, że czujemy się niekomfortowo, jednak nie do końca jesteśmy pewni, co takiego jest w niej dziwacznego. Posiada różne oblicza. Jednak bez jej narracji cała ta opowieść nie byłaby aż tak interesująca. Może nie jest łatwo się wkręcić, ponieważ mocno zastanawia nas po co aż tyle rzeczy jest opisywanych, ale kiedy dochodzimy do zakończenia, wszystko staje się jasne. Zaczynamy rozumieć skąd się to wszystko wzięło i dlaczego tak, a nie inaczej autorka zdecydowała się wszystko przedstawić.

Nie ma możliwości, aby nie odnieść się do zakończenia, zwłaszcza że wszyscy używają hashtagu #wtfthatending jeśli chodzi o tę książkę. Nie zdradzę Wam, o co chodzi, ponieważ mijałoby się to z celem, ale zdradzę Wam nieco swoich odczuć względem właśnie tego rozwiązania. Przez całą powieść nie wiedziałam dokąd to wszystko zmierza i niektóre wątki wydawały mi się zbędne, ale zakończenie zweryfikowało wszystko. To naprawdę zaskakujące, że autorka zrobiła coś takiego. Jestem pewna, że znajdą się osoby, którym to zakończenie się spodoba, ale również tacy, którzy będą zawiedzeni. Ponieważ nie jest to dość specyficzne. Zdecydowanie niespodziewane, ale może wywoływać różne emocje. Od razu po zapoznaniu się z nim miałam wielkie WTF wymalowane na twarzy. Zupełnie nie wiedziałam, co myśleć. Autorka zaskoczyła mnie kompletnie. Jednak nie oznacza to, że byłam zadowolona. Nadal nie do końca jestem tego pewna. Wydaje mi się, że bardziej zapisuję je na plus niż na minus, ale nie nazwałabym tego najwspanialszym czy najlepszym rozwiązaniem całej sytuacji. Ale gratuluję pomysłu. Nie sądzę, aby wiele osób wpadło na coś takiego.

Kasia radzi: Nie jestem w stanie powiedzieć, komu polecam tę książkę, ponieważ sama nie czytam za bardzo takich historii, więc nie wiem do czego podobna jest to opowieść. Ale jeśli lubicie mroczne klimaty i niecodzienne zakończenia to powinniście spróbować zabrać się za tę historię.

Mój osąd: Rozkładający się zombie — 7/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz